top of page

W krainie herbaty - podróż do Yunnanu - Dzień 30

9 wrz 2014
4 minut(y) czytania

CHIŃSKA PRZYJACIÓŁKA

O Fangyi zawsze mówiłam "moja Chineczka". Była to pierwsza osoba, z którą zetknęłam się w Chinach w tak bezpośredni sposób. I jedyna, z którą przed przyjechaniem tu tak wiele rozmawiałam. O tym, jak wiele mi pomogła przy organizacji wyjazdu, zakupie biletów i planowaniu wszystkiego pisałam już kiedyś. Gdy po niemal miesięcznej podróży wróciłyśmy do Shenzhen, koniecznie chcemy się z Fangyi znów spotkać. Tym bardzie, że na początku wyprawy zostawiłyśmy u niej parę zbędnych rzeczy, by odciążyć nieco plecaki.


Gdy w końcu widzimy tą drobną dziewczynę zbliżającą się w naszą stronę, uśmiech rozpromienia nasze twarze. Fangyi, czy też po prostu Iwonka, podchodzi do nas i wita się radośnie. Wygląda tak, jak ją zapamiętałam. Czarne, ścięte do uszu, gładkie włosy lśnią w słońcu. I znów ma na sobie te różowe spodenki. Zupełnie, jak w dniu, w którym spotkałyśmy się po raz pierwszy. Na powitanie wręcza mi ciężką siatkę wypełnioną po brzegi.


- To rzeczy, które u mnie zostawiłyście. I jeszcze kilka książek, o które prosiłyście. I prezenty od nas.


Dziękuję jej i z ciekawością zaglądam do środka. Będzie co pokazywać po powrocie do domu.


Luo Fangyi zabiera nas do jednego z licznych w Shenzhen parków. To miasto zawsze sprawiało na mnie wrażenie ogromnej oazy zieleni. A zanim tu przyjechałam, nasłuchałam się, jakie jest szare, przemysłowe i nieciekawe. Nic bardziej mylnego.


Kupujemy bilety i wchodzimy na teren kompleksu świątynnego. Fangyi podchodzi do stoiska, na którym można kupić kolorowe wiatraczki, zupełnie takie, jak te, które w Europie przypina się czasem do dziecięcych rowerków, by obracały się w czasie jazdy. Tylko że te są o wiele większe i bardziej rozbudowane.



- Taki wiatraczek powinno się przynosić do domu raz do roku. A jeśli w życiu dzieje się coś złego, to nawet częściej. Każdy służy do czegoś innego. O, ten jest na dobrą rodzinę, ten na pieniądze...


- A ten, który kupiłaś? - pytam.


- Ten jest uniwersalny. We wszystkim da powodzenie. Kiedy wraca się z nim do domu, powinien się obracać. Im szybciej się kręci, tym więcej szczęścia przyniesie - mówi i dmucha w kolorowe skrzydełka.



Prowadzi nas teraz w inne miejsce, skąd bierze kilka kadzideł, po czym wręcza nam po trzy.


- Weźcie. Nie bójcie się, to jest za darmo - wyjaśnia, po czym tłumaczy, że teraz trzeba będzie chodzić z kadzidełkami w ręku ud ołtarza do ołtarza i zanosić ich wonny dym przed każde z bóstw, prosząc o powodzenie w różnych sprawach.




W pierwszym odruchu biorę od niej kadzidła, ale po chwili oddaję. To nie są moi bogowie. Mówię, że wolę robić zdjęcia. Fangyi bez słowa bierze ode mnie wonności i idzie od ołtarza do ołtarza, zatrzymując się przed każdym na chwilę i wypowiadając bezgłośnie modlitwy.



- Ile jest bóstw w buddyzmie - pytam, gdy kończy.


- Wiele. I do każdego modli się o co innego.


- To znaczy ile ich jest? Umiesz je wymienić? - dopytuję dalej.


- Nie. Może moja babcia by jeszcze potrafiła, ale ja nie znam ich wszystkich - śmieje się.


Na koniec podchodzimy do czegoś, co w pierwszej chwili przywodzi mi na myśl wielki żeliwny piec.



- Trzeba rzucać monetą tak, by wpadła do środka. Jeśli trafisz, będziesz bogata - mówi Fangyi, po czym wyciąga drobne z portfela i tak długo próbuje, aż w końcu malutki pieniążek z brzękiem ląduje we wnętrzu "pieca".


Idziemy na spacer po rozległym parku przylegającym do świątyni. W samym jego środku znajduje się spore jezioro, dookoła natomiast wznoszą się pokryte zielenią wzgórza.



Jest tu dość pusto i cicho. Niezmącona niczym tafla wody niczym lustro odbija cały zewnętrzny świat. Czuję się trochę jak w Tajemniczym Ogrodzie.



Nad jeziorem unoszą się liście i kwiaty rozmaitych wodnych roślin. Pokrywają je ogromne, kryształowe krople, skrzące się cudownie w słonecznych promieniach.




Gdzieniegdzie widać przysiadające nad brzegiem ptaki, które zdają się czatować na przepływające poniżej ryby.



Gdzieś w oddali na spokojnej wodzie kołysze się leniwie niewielka łódeczka, niosąca na pokładzie trzech Chińczyków. I znów mam wrażenie, jak gdyby ktoś zatrzymał czas i nie liczyło się już nic, co było, ani co będzie, a jedynie ta chwila, która ma odtąd trwać już całą wieczność. Aż się nie chce wierzyć, że niebawem trzeba będzie porzucić to senne marzenie, w którym jestem tak cudownie zanurzona, i powrócić do szarej rzeczywistości dnia codziennego w moim rodzinnym kraju.



Wędrując zielonym labiryntem natrafiamy na część ogrodu poświęconą roślinom leczniczym. Poza rosnącymi tu okazami można odwiedzić niewielkie muzeum, gdzie w słojach i butelkach zgromadzone są rozmaite medykamenty pochodzenia roślinnego.



Wieczorem dołącza do nas Vincent, mąż Fangyi, który właśnie skończył pracę. Idziemy razem na uroczystą kolację pożegnalną do restauracji. Zamawiają dla nas same wykwintne dania. Długo wertują menu, pytając nas od czasu do czasu czy mamy ochotę na to lub tamto (w tym menu są zdjęcia, więc jesteśmy w stanie przynajmniej orientacyjnie czy coś może się nam spodobać, czy też nie).



Muszę przyznać, że jem tu chyba najpyszniejsze jedzenie, z jakim spotkałam się podczas całej tej podróży. Najbardziej przypada mi do gustu zupa grzybowa z makaronowymi kluseczkami oraz pieczony udziec jagnięcy. Na tym jednak się nie kończy. Dostajemy też całą masę innych smakołyków, jak bułki na parze z podawanym obok farszem, chińska sałatka, ciasto czy naturalny jogurt z miodem.




Po obiedzie Fangyi i Vincent odprowadzają nas na stację metra. Tym razem nie ma już łez, jak przy naszym pierwszym pożegnaniu miesiąc temu. Ale czuję nostalgię. Niezwykła relacja wytworzyła się między mną i Fangyi podczas miesięcy rozmów przez Internet jeszcze przed naszym przyjazdem do Chin, w czasie naszego pobytu w jej domu na początku naszej wyprawy, potem, gdy wiele razy rozmawiałyśmy w trakcie naszej podróży po Yunnanie i teraz, gdy widzimy się być może po raz ostatni. Czułam w tej chińsko-polskiej przyjaźni ogromne zaufanie, które powstało właściwie nie wiedzieć, z czego. Być może ze zwyczajnej ufności, że gdzieś na drugim końcu świata może żyć ktoś, kto bezinteresownie wyciąga dłoń, by Ci pomóc, kto cieszy się Twoim szczęściem i kto będzie za Tobą tęsknić. Rzadko czuję z kimś więź pozwalającą zaklasyfikować ten tym relacji jako przyjaźń. A tutaj tak właśnie jest. Postanawiam, że kiedyś tu powrócę. Wtedy, gdy żegnałyśmy się, jeszcze nie wiedziałam, czy będzie to możliwe. Dziś, po niemal roku od tamtego dnia, gdy to piszę, wiem, że się spotkamy. Znów będę w Shenzhen. Pod koniec listopada.

 
 
 

Komentarze


Moje podróże
- czytaj od początku
Najnowsze
Słowa kluczowe

Zapraszam na wspólne wycieczki oraz na warsztaty i slajdowiska podróżnicze

​

​tel.: ​+48 513 133 477
Email: anna.kryszczak@gmail.com

Oprowadzam po polsku i po angielsku
Znajdź mnie na Facebooku!

 

Wszelkie aktualności na temat tego, co robię, dostępne są na moim profilu

bottom of page